stdarek

Szablony stron



O Zofii Chądzyńskiej trudno pisać bez mitologizowania jej postaci. Była osobą niezwykle ciekawą, w ciągu swojego długiego i burzliwego życia przeżyła dwie wojny światowe, spotkała wielu wybitnych ludzi, napisała jedenaście książek, przez ponad czterdzieści lat niestrudzenie propagowała i tłumaczyła literaturę latynoamerykańską. Jej ślad w literaturze to nie tylko jej książki i proza latynoamerykańska – wspomina o niej w swych Dziennikach Maria Dąbrowska oraz Witold Gombrowicz1 (któremu notabene dwukrotnie „dała kosza”2). Ponadto pisali o niej oraz jej pierwszej książce Gombrowicz z Jerzym Giedroyciem w swej licznej korespondencji, oraz Giedroyc w liście do Jerzego Stempowskiego3.

Mimo swojego uwielbienia dla postaci autor niniejszej pracy starał się nie pisać o Niej „na kolanach” co zresztą udało się chyba połowicznie…

Życie

Zofia Chądzyńska (z domu Szymanowska) urodziła się 24 lutego 1912 roku w Warszawie. Pierwsza Wojna Światowa zastała dwuletnią Zosię i jej ciężarną matkę w Zoppot (dzisiejszy Sopot). Już od tego momentu jej życie zdeterminuje podróżowanie. Z wybrzeża przez Rugię i Sztokholm wracają okrężną drogą do Warszawy. Tam (dokładnie przy ulicy Mokotowskiej), w wolnej już Polsce po raz pierwszy styka się z wielką postacią – jest nią Artur Rubinstein (podczas występu w Łodzi kompozytor ubrany był we frak pożyczony od ojca tłumaczki). Niedługo potem w sąsiednim mieszkaniu na kilka dni zatrzymuje się naczelnik Piłsudski. Te dwie wielkie postacie to najważniejsze wspomnienia jej dzieciństwa (nie była pewna jedynie w jakiej kolejności owe osoby poznała, zresztą chronologia nie była w jej życiu najważniejsza)4. W wieku dziewięciu lat rozpoczęła naukę w katolickiej prywatnej szkole podstawowej panny Kowalczykówny. Po czterech latach rodzice przenieśli ją do państwowego Gimnazjum im. Królowej Jadwigi.

Po maturze w związku z nienajlepszą sytuacja materialną rodziny rozpoczęła pracę w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego oraz wieczorowe studia w Szkole Nauk Politycznych (ukończone dyplomem magistra ekonomii, tytuł pracy dyplomowej „Kartle i trusty” – z ekonomią później nie miała już nic wspólnego). W tym samym mniej więcej czasie rozpoczęła się jej przyjaźń z Marianem Eile oraz z literaturą (za pośrednictwem tego pierwszego, który na dobry początek znajomości i „intelektualnego brykania” podsunął jej Czarodziejską Górę Manna). W ministerstwie pracowała w sekretariacie departamentu kierowanego przez hrabiego Potockiego. Tam też poznała swego pierwszego męża, Bohdana Chądzyńskiego. Jako najmłodsza pracownica początkowo cieszyła się sympatią współpracowników, jednak nieśmiało rodząca się przyjaźń i miłość między nią a Bohdanem wzbudziła w nich zawiść. Mimo przestróg kontynuowali swój flirt. W końcu wybuchł skandal, „życzliwi” w osobie szoferów donieśli, że widzieli jak robili „to” w oknie. Obydwoje natychmiast stracili pracę – co ciekawe opowieść o parze uprawiającej seks w oknie Ministerstwa Wyznań prześladowała ich przez wiele następnych lat; przetrwała nawet wojnę. W wiele lat później Zofia usłyszy ją z ust znajomej, zachwyconej anegdotą. Mimo złej sławy, w 1934 otrzymała nową posadę – tym razem w biurze podróży Orbis. Drogę do niej utorowały teksty, które Zofia posyłała nieregularnie do miesięcznika „Naokoło Świata”; to naczelnemu periodyku zawdzięczała pracę oraz kolejną niesamowitą znajomość - Brunona Schulza5. Ten czas Zofia wspomina z nostalgią. Mimo, że lata poprzedzające śmierć Marszałka nie były sielankowe, w Warszawie nie wyczuwało się napięć i w eleganckich przedwojennych knajpkach, jakby przeczuwając nadchodzące nieszczęście elita bawiła się w najlepsze (a elita była to nie byle jaka, żeby wspomnieć tylko Lechonia i Słonimskiego). W orbisie zajmowała się wszystkim - była informatorką i przewodnikiem. W 1936 jako przewodniczka właśnie, pojechała z wycieczką do Berlina na Igrzyska Olimpijskie; kolejne dwa wyraźne wspomnienia to choroba jednej z uczestniczek, żydówki Gitli oraz złowrogi cień Hitlera, padający, wtedy jeszcze tylko na Niemcy. Anschluss Austrii w 1938 roku zastał ją w wiedeńskiej klinice, gdzie leczyła dolegliwości gastryczne; na jej oczach Europa pogrążała się w cieniu faszyzmu. Większość personelu kliniki stanowili Żydzi, wracała do Polski (właściwie uciekała) przemycając dolary przerażonych lekarzy. Jeden z nich po swoje pieniądze nie zgłosił się nigdy.

Na początku wojny wzięła szybki i smutny ślub ze schorowanym już wtedy Bohdanem Chądzyńskim. W lutym 1940 na pół roku trafiła do Pawiaka, gdzie literatura jej nie opuszczała – spotkała tam Stanisława Dygata. W czasie okupacji pracowała w „cyrance”, małym lokalu przy ulicy Widok, na własna rękę działała też konspiracyjnie, ale do żadnej organizacji podziemnej nie wstąpiła – bała się, że w razie ewentualnej dekonspiracji i przesłuchania wsypie wszystkich. Do 1942 trwała względna stabilizacja, praca i udawanie, że wszystko jest w porządku. Ale nie było - któregoś dnia do lokalu, w którym pracowała wpadło gestapo; wśród aresztowanych znalazł się Bohdan oraz Antek, brat Zofii. Dzięki szerokim znajomością i nieustępliwości obydwu udało się uwolnić – najwięcej problemu sprawiła sprawa Antka, który był aktywnym działaczem konspiracji; już po uwolnieniu nie był on zadowolony ani z faktu opuszczenia towarzyszy niedoli ani sposobu w jaki go z więzienia wyciągnięto.

Do końca wojny mieszkała wraz z najbliższymi na Saskiej Kępie, przez mieszkanie przewijało się dużo osób potrzebujących w tym czasie pomocy (między innymi satyryk Eryk Lipiński), mimo nieprzychylności sąsiadów zatrzymywali się w nim również znajomi Żydzi. W tym mieszkaniu zastało ją Powstanie (wtedy też zaginęli rodzice oraz babcia Zofii); po praskiej stronie miasta skończyło się właściwie po kilku dniach. Zburzone mosty odcięły prawobrzeżną Warszawę od reszty walczącej stolicy i jedyne co mogła wraz z bliskimi zrobić to przyglądać się płonącemu horyzontowi.

Przed „wyzwoleniem” udała się wraz z coraz bardziej niedomagającym Bohdanem do podwarszawskiej Kobyłki, do znajomych, by przed Bożym Narodzeniem ponownie wrócić na Saską. Po 17 stycznia 1945 przez Pragę tłumy ludzi wracały do zniszczonego miasta – wielu znajomych zatrzymywało się u Chądzyńskich przynosząc bądź szukając wieści o swoich bliskich. Powoli odnajdywała się też rodzina Zofii – ojciec w fatalnym stanie psychicznym odnalazł się w Tworkach, matka, aresztowana 1 sierpnia wróciła z robót przymusowych, spod Wrocławia; nie odnalazła się jedynie babcia (matka mamy) – najprawdopodobniej zginęła w czasie Powstania.

Po wojnie przeniosła się do Katowic i wraz z żoną brata (Antka, który szczęśliwie odnalazł się po Powstaniu cały i zdrowy) otworzyła bar. Wtedy też narodził się pomysł na wyjazd z Polski – po trosze ze względu na sytuację polityczną, a także ze względu na pogarszający się stan zdrowia Bohdana – według lekarzy pomóc miała mu zmiana klimatu na nieco cieplejszy.

Wraz z mężem udała się do Pragi – stamtąd, osobno już, mieli przedostać się do Tangeru (który w owym czasie był miastem o specjalnym statusie międzynarodowym) i oczekiwać na siebie. Powojenna Europa to były w istocie dwa państwa: Związek Radziecki i Stany Zjednoczone, mimo wielu granic, które musiała po drodze przekroczyć najważniejsza była ta w Pilznie, pomiędzy strefą Amerykańską a Sowiecką– wbrew obawom udało jej się to bez większych problemów (choć w olbrzymim stresie i niepewności – nie miała żadnych dokumentów); później było Monachium i nietknięty wojennymi zniszczeniami Paryż. Stamtąd przez Hiszpanię dostała się do celu swojej podróży. W jakiś czas później dotarł też tam (w pełni legalnie, z kompletem papierów) Bohdan; wtedy też chwilowo odwróciły się role – Zofia dosyć długo dochodziła do siebie po tężcu, a ciepły klimat początkowo postawił jej męża na nogi. Niestety, kiedy wydobrzała okazało się, że wilgotny klimat wcale nie jest dobry dla Bohdana i ponownie musieli myśleć o wyjeździe. Postanowili więc, że Bohdan wróci do Polski (w Tangerze był legalnie) i postara się użyć wszelkich koneksji aby znaleźć jakąś pracę zagranicą. Udało się i po jakimś czasie zamieszkali w Lyonie, gdzie Bohdan pełnił funkcję wicekonsula; dzięki paszportowi dyplomatycznemu Zofia mogła odwiedzić rodziców i zobaczyć jak wygląda socjalistyczna Polska. Wtedy też zaczęła wraz z lekarzami podsuwać mężowi fałszywe wyniki badań – choroba bowiem była nieuleczalna i nie było żadnych wątpliwości, że już wkrótce nastąpi koniec.

Z końcem roku 1949 zostali odwołani z placówki i pozostały dwie możliwości – powrót do Polski lub ucieczka. Zdecydowali się na to drugie i pod ochroną francuskiej policji przez pół roku oczekiwali w Paryżu na argentyńska wizę.

Dzięki poznanej podczas rejsu współpasażerce w szybkim czasie znaleźli dobre mieszkanie i zostali „wciągnięci” w ówczesny magiel towarzyski; udało się wtedy Zofii Chądzyńskiej poznać (choć owo poznanie zawsze brała w cudzysłów) giganta literatury tamtych czasów, człowieka, którego kochała cała Argentyna – Jorge Luisa Borgesa6. Pierwsze lata pobytu to okres wytężonej pracy zarobkowej (została współwłaścicielką pralni bielizny białej) i odnowienie znajomości z dawnym, choć nie bardzo lubianym znajomym z Warszawy – z Witoldem Gombrowiczem. Kiedy wszystko zdawało się stabilizować – praca, znajomi, dom, znacznie pogorszył się stan zdrowia Bohdana; umarł niecały rok po przybyciu do ojczyzny Julio Cortazara; w tym niemal samym czasie po drugiej stronie globu zmarł ojciec tłumaczki.

Po kilku latach postanowiła odwiedzić Europę i na czas rejsu zakupiła książkę Jeana Reverzy’ego Historia podróży i śmierci. Zafascynowana powieścią, pełną obsesji śmierci i umierania, na pierwszym przystanku wysłała list do jej autora i ku swemu ogromnemu zdziwieniu w dość krótkim czasie otrzymała odpowiedź – tak zaczęła się jej dziwna, pełna niedomówień listowa znajomość z człowiekiem, który namówił ja do pisania, lecz nie doczekał jej debiutu – zginął śmiercią samobójczą w roku 1959. W tym samym roku, dokładnie w miesiąc po śmierci pisarza ukazała się jej debiutancka powieść napisana po francusku (co swoją drogą ostro krytykował Witoldo, jak nazywała Gombrowicza) – wydawca wydał książkę pod pseudonimem Sophie Bohdan i pod przez siebie nadanym tytułem Comme une ombre qui passe. W tym samym roku książkę, napisaną od nowa wydał również Czytelnik, tym razem pod tytułem, który nadała jej autorka – Ślepi bez lasek.

Na fali nadziei odwilży 1956 roku postanowiła wrócić do kraju. Mimo krytyki ze strony emigracyjnych przyjaciół, w roku 1960 (kiedy o owych obietnicach i nadziejach mało kto już pamiętał) powróciła do Warszawy na Saska Kępę. Na drogę, ktoś ze znajomych podarował jej Grę w klasy Julio Cortazar. Mimo, że znała jego twórczość z wcześniejszej lektury Opowiadań spotkanie z tą książką było jak olśnienie7. Od razu postanowiła przełożyć ja na polski. Będąc w Paryżu skontaktowała się z Juliem, ten jednak nie wyraził zgody na przekład, nie chciał aby ktoś uczył się tej trudnej sztuki na jego najlepszej powieści. Na początek zaproponował któreś ze swoich krótszych opowiadań. Po powrocie do kraju, od razu skontaktowała się z PIWem i postanowiła zainteresować oficynę literaturą latynoamerykańską proponując wydanie Tajemnej broni. Kiedy okazało się, że Cortazar wzbudził duże zainteresowanie, zabrała się za tłumaczenie jego innych książek, w międzyczasie przełożyła również Odpływającą falę Guillerma Cabrery oraz Syna Złodzieja Manuela Rojasa. Jednak to Gra w klasy uzyskała status powieści kultowej, znaczenie miała na pewno data jej polskiego wydania – rok 1968. Wtedy właściwie w Polsce narodził się prawdziwy boom. Wydawnictwa Literackie zainicjowały serię Proza Iberoamerykańska, Czytelnik w ramach serii Nike zaczął wydawać pisarzy Ameryki Południowej, miedzy innymi Gabriela Garcię Marqueza i Jorge Luisa Borgesa (również w przekładach Zofii Chądzyńskiej). Znowu nastał okres wytężonej pracy – jako tłumacza, również jako pisarza - w tym samym czasie Chądzyńska wydała kilka książek, między innymi Przez ciebie, Drabie! swoją najpopularniejszą książkę, która doczekała się kilku wydań. Także w życiu osobistym nastały zmiany, po raz drugi wyszła za mąż, za znajomego z przedwojennych czasów, Stanisława Gajewskiego, dawnego przyjaciela Bohdana.

W okresie największej popularności do kraju zaproszono Cortazara i to właśnie Zofia była jego tłumaczką, gościła go również w swoim domu. Tłumy jakie przychodziły na spotkanie były tak olbrzymie, że czasem trzeba było wzywać milicję. Zaskakiwało to nawet samego Julia. Mimo nici sympatii i zrozumienia nie narodziła się między nimi przyjaźń – a poszło o politykę. Cortazar, jak większość latynoskich intelektualistów był entuzjastą socjalizmu i do końca stał po lewej stronie. Czuł słabość do Polski, po trosze ze względu na popularność jego twórczości, ale przede wszystkim dlatego, że w jego mniemaniu była idealnym rajem socjalistycznym. Wszelkie uwagi krytyczne pod adresem ustroju, jego absurdów odbierał jako przejaw prawicowości i śmiertelnie się obrażał (nawet z pierwszą żona, Aurorą rozstał się z względu na rozbieżności w poglądach politycznych). Jego radykalizm wykluczał jakąkolwiek dyskusję na ten temat. Stąd ich wzajemne stosunki nigdy nie wykroczyły poza relacje tłumacz – autor, czego Zofia zawsze żałowała.

Następne lata to niestrudzone tłumaczenie i popularyzowanie literatury latynoamerykańskiej, Gombrowicza oraz własne pisanie, to również liczne sukcesy – nagroda Związków Zawodowych CRZZ za książkę Życie za życie, nagroda Polskiego PEN-Clubu za przekłady literatury iberoamerykańskiej. To także kolejne zmiany w życiu osobistym – przeprowadzka do Londynu w roku 1981 i trzecie małżeństwo (z Krzysztofem Ligotą, naukowcem na stałe mieszkającym w Anglii; poprzedni związek, ze Stanisławem rozpadł się po 12 latach).

Ostatnie lata życia borykała się z głęboką depresją. Małżeństwo zakończyło się rozstaniem, powoli odchodziły znajome i koleżanki, w roku 1993 zmarła Zofia Wickenhagen, ukochana przyjaciółka z czasów argentyńskich – Gośka z Dzienników Gombrowicza. W roku 1997 usiłowała odebrać sobie życie8. Swoistą terapią miała być autobiografia, która ukazała się pod koniec lat 90tych pod tytułem Co mi zostało z tych lat (w kolejnym, uzupełnionym i poprawionym wydaniu, z roku 2001, zmieniono tytuł na Nie wszystko o moim życiu).

Zmarła 23 września 2003 roku w Warszawie w wieku 91 lat

Praca

Najbardziej kochała tłumaczyć Cortazara, którego uważała za swojego pisarza. Praca przy jego powieściach wprawiała ją, jak sama wspominała, w narkotyczny trans. Uważała, że bardzo ważny jest stosunek do pisarza, którego się przekłada, trudno zmierzyć się z dziełem kogoś, kogo się nie lubi, czy jest obojętny: „Myślę, że tłumaczenie wymaga przede wszystkim słuchu. Zupełnie inaczej tłumaczy się autora, którego się nie lubi bądź, który jest obojętny, a zupełnie inaczej takiego, z którym człowiek może się utożsamić, "wcielić się" w to co tłumaczy. [... ] Tłumacząc, w pewnym momencie zaczyna się mieć uczucie, że pisze się własną powieść. Tak właśnie jednoczyłam się z Cortázarem. Kiedy tłumaczyłam jego książki, miałam wrażenie, że wyrastają mi skrzydła - było to tak fascynujące”9. Zawsze twierdziła, że bardzo pomocne jest dobre poznanie kraju, z którego autor się wywodzi, czy też który opisuje (stąd niechętnie podejmowała się tłumaczeń Marqueza czy Carlosa Fuentesa).

Jak wspomina jej koleżanka, Emilia Bielicak, również tłumaczka, Chądzyńska miała dwutorową metodę tłumaczenia – najpierw przekład pierwszy, żywiołowy i emocjonalny10. Później ponowna lektura i większy dystans, chęć dotarcia do sedna, dokładna praca nad frazą i językiem. Starała się tworzyć polszczyznę, osobną dla każdego przekładanego utworu, co, według Rajmunda Kalickiego, również tłumacza i znawcy literatury latynoamerykańskiej, udawało się jej znakomicie: „Cortazar oryginalny jest dużo słabszy niż po polsku. W tłumaczeniu Chądzyńskiej jest jakaś stylistyczna błyskotliwość, swada, która po hiszpańsku nie istnieje, język oryginału jest właściwie potoczny”11. I ta polskość przełożonego tekstu była dla niej ważniejsza od wierności: „to ma być dobre po polsku, mówiła Chądzyńska, wszystko inne jest na dalszym planie. Nie istnieje w tym względzie kompromis, nie można zachować obu tych rzeczy”12. Cały czas starała się obserwować zmiany w języku, nagłe pojawianie się i zanikanie słów z języka potocznego, swoistą modę na różne efemeryczne wyrażenia. Przez ciągłą ewolucję lingwistyczną, niektóre książki możnaby, jej zdaniem, przekładać co jakiś czas dla kolejnych pokoleń. 

A tak opowiadała o swoich początkach jako tłumaczki: „W opowiadaniu "Pościg" było zdanie o kimś, czyja obecność towarzyszyła komuś innemu "jak śmierdzący oddech". Tłumaczenie tego opowiadania dałam do przeczytania Jerzemu Lisowskiemu, który zdanie o śmierdzącym oddechu bez wahania wykreślił i napisał "zawsze wierny jak pryszcz na dupie". W tym momencie zrozumiałam, co to znaczy tłumaczyć”13

Bibliografia:

Z. Chądzyńska,
Co mi zostało z tych lat… Łódź, 1997
Z. Chądzyńska,
Nie wszystko o moim życiu. Łódź, 2001
M. Kubik,
Gra w słowa. „Tygodnik Powszechny” 2002 nr 10
M. Kubik,
Ten rytm, błysk, magia słów… O Zofii Chądzyńskiej (24 II 1912 – 23 IX 2003). „Zeszyty Literackie” 2004 nr 85

M. Kubik, Zofia Chądzyńska – czyli o przekładzie zdanym na słuch. „Gazeta Uniwersytecka” 2000 nr 8 (75)
M. Piątkowska, Nikomu zostawiam nic. „Wysokie Obcasy” 2003 nr 38 s. 8

1 M. Dąbrowska, Dzienniki powojenne T. 1-4. Warszawa, 1996; W. Gombrowicz, Dzienniki. T 1-3. Kraków, 2004.

2 K. Miklaszewski, Distancia, Witoldo! Warszawa, 2004.

3 J. Giedroyc, W. Gombrowicz. Listy 1950-1969. Warszawa, 2006; J. Giedroyc, J. Stempowski, Listy 1946-1969. Warszawa, 1998.

4 Z. Chądzyńska, Nie wszystko o moim życiu. Łódź, 2001 s. 6.

5 Tamże s. 20.

6 M. Piątkowska. Nikomu zostawiam nic. „Wysokie obcasy” 2000 nr 38 s. 15

7 Z. Chądzyńska, Co mi zostało z tych lat… Łódź, 1997 s. 127.

8 M. Piątkowska, op cit. s. 10

9 Za: M. Kubik. Zofia Chądzyńska – czyli o przekładzie zdanym na słuch. „Gazeta Uniwersytecka” 2000 nr 8 (75).

10 Za: M. Kubik. Gra w słowa. „Tygodnik Powszechny” 2002 nr 10.

11 Tamże.

12 M. Kubik. Ten rytm, błysk, magia słów… O Zofii Chądzyńskiej (24 II 1912 – 23 IX 2003). „Zeszyty Literackie” 2004 nr 85 s. 137.

13 Mówię spoko i nara : rozmowa z Zofią Chądzyńską, tłumaczką literatury. Iberoamerykańskiej. rozm. Janusz Płoński. „Polityka” 2003 nr 16 s.100–101.

Powyższy tekst jest jednym z rozdziałów mojej pracy magisterskiej. Przy ewentualnym cytowaniu lub kopiowaniu fragmentów proszę o podanie źródła:
G.M. Święćkowski, W cieniu dzieła: bibliografia osobowa podmiotowa Zofii Chądzyńskiej, Carlosa Marrodana Casasa i Rajmunda Kalickiego za lata 1965 - 2005. Warszawa, 2007